W roku 2016, gdy moja Mama miała jeszcze dobrą pamięć, nagrałem jej wspomnienia: kilkanaście rozmów, po około półtorej godziny każda. Czy pozostaną w wersji audio, czy sukcesywnie je przepiszę? Nie wiem. Na razie prezentuję jedyny zanotowany fragment, obejmujący lata studiów.



W którym roku dostałaś się na studia?
     W 1950.
Miałaś jakieś problemy przez to, że tata był w Londynie?
     Nie, chyba nikt na uczelni o tym nie wiedział. Jeszcze w liceum natomiast ostrzegano mnie, że nie zdam matury i nie dostanę się na studia, jeżeli nie zapiszę się do ZSMP [Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej].
Kto Ciebie ostrzegał? Nauczyciele?
     Nie, przewodnicząca ZSMP. Ostrzegała to mało powiedziane, ona wprost groziła. Przynależność była wówczas praktycznie obowiązkowa. W mojej klasie deklaracji nie podpisały tylko trzy osoby, w tym mój brat i ja.
Czemu?
     Bo nie chcieliśmy należeć. Bo co to za układ - coś za coś. Nie podobało nam się to. Zdzisław był starszy, lepiej znał życie, więcej rozumiał więcej, niż ja. Miałby mi za złe, gdybym się zapisała.
Pomimo to na studia dostałaś się od razu...
     Ale nie bez kłopotów. Maturę zdałam, bo nie chcieli trzymać w szkole gruźlika... Chorowałam wtedy poważnie, miałam odmę. A egzaminy wstępne na studia były dwa: praktyczny - coś tam namalowałam oraz pisemny - coś napisałam. Nie pamiętam co. I okazało się, że zdałam, lecz nie zostałam przyjęta z powodu braku miejsc. Moje nazwisko było pod kreską. Poza mną było tam jeszcze kilku znajomych absolwentów liceum. Ktoś z nich znał córkę ówczesnego Ministra Kultury i Sztuki, więc rzucił hasło "jedziemy do Warszawy". No, to pojechaliśmy. W Warszawie przyjął nas minister Sokorski, zapytał co się stało, posłuchał, powiedział "wracajcie - wszystko będzie załatwione". I rzeczywiście: całą naszą grupę przyjęto jako tak zwanych wolnych słuchaczy.
Co różniło Was od studentów?
     Niewiele, nie mieliśmy prawa do stypendium oraz ulgowych biletów. Poza tym - jak każdy - dostaliśmy indeksy i uczestniczyliśmy w zajęciach. Pierwszy rok zaliczyłam, więc na drugi przyjęto mnie już jako pełnoprawnego studenta. Mój brat przeniósł się wtedy na historię sztuki, nie podobała mu się na ASP dyscyplina.
A co to była za dyscyplina?
     No, dzwonki były co czterdzieści pięć minut, jak w szkole.
Dzwonki mu się nie podobały?
     Oczywiście nie tylko o dzwonki chodziło, ale dzwonki też potrafiły być denerwujące. Mieliśmy na przykład "rysunek wieczorny", wszyscy byli skupieni na pracy, a tu nagle dzwonek i trzeba było wyjść na przerwę. Poza tym, na ASP zrobiło się wtedy ciasno. Przedtem w Krakowie były dwie uczelnie plastyczne - Akademia Sztuk Pięknych oraz Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych. W pierwszej było malarstwo, rzeźba i grafika, w drugiej grafika książkowa, konserwacja, tkanina, architektura wnętrz. Za moich czasów połączono je w jedną - Akademię Sztuk Plastycznych, z mnóstwem wydziałów. Malarstwo, rzeźba i grafika nazywane były "sztukami czystymi", więc żartowaliśmy, że pozostałe sztuki są "brudne".
Jakie miałaś przedmioty?
     Jednym z najważniejszych była "wiedza o Polsce i świecie współczesnym", czy coś takiego - nazwy dokładnie nie pamiętam. Wykładał ją Adam Polewka - komunista z krwi i kości, z przekonania, nie za pieniądze, czy stanowiska. Uczyliśmy się więc historii WKPB, PPR i PPS.
Czyli wszystkiego, co student ASP obowiązkowo wiedzieć powinien...
     Nie powiem, że uczyłam się tego niechętnie, ale byłam krytyczna. Pamiętam jak wykłócałam się z asystentem Polewki o znaczenie określenia "dyktatura proletariatu", nie mogłam tego zrozumieć. Z Polewką nie kłóciłam się i na egzaminie mówiłam to, co należało było powiedzieć. Ale nie dawał się oszukać, trójkę Ci wpiszę - mówił. Nie chcę trójki w indeksie - protestowałam - przyjdę raz jeszcze, zdam na czwórkę. Nie dostaniesz czwórki - odpowiadał - oceniam Cię za to co myślisz, a nie za to co mówisz. Bo jesteś jak rzodkiewka - z wierzchu czerwona, a wewnątrz biała. No, to niech pan profesor wpisze tę trójkę - zgadzałam się. A nie mogłabyś uczesać się, zanim przyjdziesz na egzamin - narzekał. Ojej, panie profesorze, nie miałam czasu! Na dole jest kiosk, kup grzebień, uczesz się i wróć - odpowiadał. Innym razem zapytał - a Ty co, na egzamin przyszłaś, czy biegniesz na randkę? Widocznie była niestosownie ubrana.
I oblał Ciebie?
     Nie, zdałam u niego wszystkie egzaminy.
A pozostałe?
     Też nie oblałam żadnego. Wykorzystywałam zresztą moją chorobę.
Gruźlicę?
     Tak.
Jak ją wykorzystywałaś?
     Mówiłam, zgodnie albo niezgodnie z prawdą, że mam wyznaczony turnus w sanatorium, więc muszę przystąpić do egzaminu przed terminem. Chyba większość egzaminów zdałam w "zerówkach". Zdarzało się, że wszystkie egzaminy miałam zdane przed sesją. Wzbudzałam litość, bo przecież nie mogłam zrezygnować z wyjazdu do sanatorium.
Jakie jeszcze - poza "wiedzą o Polsce" - miałaś przedmioty?
Na pierwszym roku, gdy było nas tak strasznie dużo, miałam malarstwo, rysunek, rysunek wieczorny.
Wieczorny?
     Tak, bo zajęcia kończyły się o dziewiątej. Odbywały się w dużej sali, dostawaliśmy arkusz bristolu oraz węgiel i rysowaliśmy pozujące nam modelki. To były zajęcia wspólne dla wszystkich grup, pozostałe prowadzone były w mniejszym gronie. Zajęcia z malarstwa odbywały się w pracowniach, zazwyczaj była to martwa natura lub portret. Pamiętam też liternictwo, kompozycję, perspektywę, ominęła mnie natomiast geometria wykreślna - zmora innych roczników. Geometrię wykreślną miałam w liceum. I o dziwo nie byłam w niej najgorsza. Na geometrii miałam wspólną teczkę ze Zdzisławem, ja siedziałam w pierwszej ławce, a on w ostatniej; gdy więc profesor obejrzał moje prace, to teczka - podawana z ręki do ręki - wędrowała pod ławkami do mojego brata. Profesor, nie pamiętam jak się nazywał - mówiliśmy na niego Dziub Go Maniuś - idąc wgłąb klasy krytykował wszystkich, ale rysunkami Zdzisława się zachwycał. Twoje prace pójdą na wystawę - mówił. Wszyscy śmiali się, a Dziub Go Maniuś nie wiedział czemu.
A wracając na studia: nie prześladował Was socrealizm?
     Nie, malowaliśmy głównie akty, martwą naturę i portrety.
Traktorów i rywalizacji pracy nie było?
     Nie pamiętam. Wykładowcy nie bardzo wiedzieli czego nas mają uczyć, więc uczyli nas rzemiosła. Nie mówili nam więc co mamy malować, lecz jak. Technika, farby - to się liczyło.
Po pierwszym roku wybrałaś jakąś specjalność, kierunek, wydział?
     Miałam iść na malarstwo, ale przed wyborem specjalizacji musieliśmy co miesiąc poznawać kolejny wydział: malarstwo, rzeźbę, grafikę, grafikę użytkową, konserwację, tkaninę, scenografię, architekturę wnętrz... I wybrałam tkaninę.
Dlaczego?
     Bo mi się strasznie spodobała. Wcześniej o niej w ogóle nie słyszałam, ale od dziecka lubiłam robótki ręczne. Szydełko, druty - to był mój żywioł chyba już w przedszkolu. Straciłam więc głowę gdy zobaczyłam wszystkie te gobeliny i kilimy w pracowniach ASP. Zachwyciły mnie tkaniny drukowane i malowane. Nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę iść na tkaninę. Na początku nie było jednak zbyt różowo. Gdy rozpoczynałam studia dziekanem był Giedliczka. Na pierwszym roku kazał nam zaprojektować polskie godło. Wszyscy starannie malowali orłowi piórka, a mój był jak wykuty w kamieniu. Okropnie nie podobał się Giedliczce, przyjął mój projekt warunkowo, z zastrzeżeniem, że po wakacjach mam go poprawić. W komisji egzaminacyjnej był też Gałkowski, który wyszedł za mną na korytarz i powiedział: pani Tereso, nie wypadało mi odezwać się przy dziekanie, ale pani praca jest naprawdę najlepsza. Po tej rozmowie wiedziałam, że z Gałkowskim się dogadam. A po wakacjach Giedliczka rozchorował się i nie wrócił na uczelnię, zastąpił go Gałkowski... Nie miałam jednak u niego specjalnych względów. Pamiętam jak kiedyś, po namalowaniu projekt jakiegoś gobelinu i stwierdziłam, że kolory są zbyt mdłe, więc pociągnęłam je werniksem. Przyszedł Gałkowski, pochwalił barwy za intensywność. A ja - jak głupia - przyznałam się do zabiegu, który wykonałam. Nie przyjmuję tego do wiadomości - powiedział. Proszę namalować projekt od nowa! Na mój projekt gobelinu z tańcami ludowymi też narzekał - to ma być tkanina, a nie obraz Stryjeńskiej - pomstował.
Byłaś pilną studentką?
     Tak, ale nie stroniłam też od rozrywki. Nieustannie urządzaliśmy jakieś bale. Nasz wydział słynął z Balu Supełków. Zapraszaliśmy inne wydziały, przygotowywaliśmy bufet, a jakie piękne dekoracje robiliśmy! Mieliśmy też chór, taki na wpół kabaretowy, do dziś pamiętam refren jednej z naszych piosenek: nie siadaj nigdy na kaktusie, bo to podobno boli, a zanim siądziesz na kaktusie, to rozkaż go ogolić! Pamiętam też zwrotkę hymnu o dziekanie Gałkowskim (na melodię ody do Stalina): o mistrzu nasz wielki, o mistrzu wspaniały, o jakiż przedziwny nas przywiódł tu pęd, już wszystkie talenty przy Tobie pobladły, Picasso przy Tobie by zdechł! Czasem spotykaliśmy się też na prywatkach, ale większość mieszkała w akademikach. A tam warunki panowały spartańskie, trudno to sobie dziś wyobrazić, ale pokoje były nawet szesnastoosobowe. Na męskich salach łóżka były piętrowe, dziewczyny nie musiały się wspinać. Akademik ASP stał przy ulicy Dzierżyńskiego, czyli tam, gdzie obecnie, ale nazwa ulicy została zmieniona na Lea.
Większość studentów była przyjezdna?
     O, tak - przynajmniej na moim wydziale. Z Krakowa - poza mną - było zaledwie kilka osób.
W którym roku skończyłaś studia?
     W 1956, studiowałam sześć lat.
Sześć? Powtarzałaś jeden rok?
     Nie, ale nasz rocznik - jako jeden jedyny - z powodu reform, miał pięć lat studiów i szósty dyplomowy. Studia na ASP kończyło się wówczas z tytułem artysty plastyka, "mgr" dopisano nam dwadzieścia lat później.
Jaką pracę zrobiłaś na dyplom?
     Gobelin. Piękny! Przedstawiał chłopców karmiących w parku gołębie. Cały namalowałam, jako projekt w skali jeden do jeden, a fragment utkałam. Musiałam utkać, aby udowodnić, że to co zaprojektowałam, da się wykonać. Gałkowski lubił duże formaty. Moja praca i Ryśka Kwietnia były największe: jego "hutnicy" i moi "gołębiarze". Na obronie przepytywano mnie z historii tkaniny, bo mieliśmy też taki przedmiot. Potem odpytywał mnie jeszcze mój pan profesor od malarstwa. Zdałam na pięć.

Maria Teresa Białas - Terakowska & Kuba Terakowski


strona główna